Aby w pełni zrozumieć kategorię „Australian whisky”, warto zwrócić uwagę na kilka czynników, które czynią jej produkcję nieco inną. Po pierwsze, zgodnie z definicją, wystarczą dwa, a nie trzy lata w beczce, by trunek mógł zostać nazwany whisky. Po drugie, wiele destylarni, które umiejscowione zostały na głównym lądzie, w stanach Wiktorii, Południowej Australii czy Nowej Południowej Walii, korzysta ze znacznie szybszej maturacji, ze względu na wysokie temperatury i niską wilgotność, oferując swoje produkty do sprzedaży tuż po uzyskaniu „legalnego” wieku. Albo z powodu zbyt chciwych aniołów, lub z powodu dębiny, która „obezwładnia” destylat i zaczyna w nim dominować. A to oznacza, że trudno o starsze, wiekowe edycje dostępne na rynku, chociaż kilka destylarni, szczególnie zlokalizowanych na Tasmanii, gdzie klimat bardziej sprzyja długiej maturacji, może pochwalić się takimi wersjami.
Kolejny aspekt to zależność od lokalnej branży winiarskiej i tendencja szczególnie pośród małych destylarni do korzystania z beczek o małej pojemności.
Korzystanie bowiem z importowanych, 200L beczek ex-bourbon nie jest ani praktyczne, ani opłacalne, skoro tuż w sąsiedztwie czeka obfitość beczek winnych, w tym także po winach wzmacnianych. Ze względów ekonomicznych, wiele destylarni decyduje się na przerabianie beczek winnych na mniejsze 100L, a nawet 20-50L, które już po dwóch latach oferują ciemny i „gotowy” destylat. Warto jednak zauważyć, że ze względu na gorący klimat, łatwo tu odwrotny od zamierzonego efekt – ostrą, pikantną, taninową i wciąż smakującą niedojrzale whisky.
Branża powoli odrabia lekcję i coraz częściej sięga po tradycyjne beczki wykonane z amerykańskiego dębu (branża winiarska pracuje na dębie francuskim).
I jeszcze jedna kwestia – tendencja małych producentów do oferowania na rynek głównie single cask, ze względu na niewielką produkcję i ekonomiczną konieczność.
W ofercie australijskich whisky znajdziemy także wersje dymne, choć te powstają głównie przy wykorzystaniu szkockiego słodu jęczmiennego.
Na miejscu znajdują się co prawda niewielkie ilości torfu, ale w miejscach niedostępnych i odizolowanych, stąd brak chęci wśród producentów, do korzystania z lokalnych zasobów.