W maju 2024 roku wyruszyłem w podróż życia…
Po latach marzeń i miesiącach przygotowań, w maju 2024 roku wyruszyłem w podróż życia.
Miejscem docelowym była Australia, choć będąc już tak daleko od domu, a jednocześnie 3h lotu od Nowej Zelandii, tam też postanowiłem zawitać.
Nie ma co ukrywać, że wybierając się tam, kierowało mną głównie moje hobby i pasja, czyli whisky.
Jednak planując trasę objazdową na tak zróżnicowanym klimatycznie i widokowo kontynencie, nie mogłem odpuścić miejsc określanych jako „must see”, jak chociażby Ayers Rock, świętą górę Aborygenów, zwaną inaczej Uluru, Sydney, kangury, diabły tasmańskie itd.
Do chwili wylotu, Australia pozostawała ostatnim, nieodkrytym jeszcze przeze mnie kontynentem oraz ostatnim z lądów, którego destylarni nie miałem okazji dotychczas odwiedzić.
Dla miłośnika whisky jest to miejsce niezwykłe, jedyne w swoim rodzaju i niepowtarzalne.
Aby wyjaśnić dlaczego, muszę przybliżyć nieco historii.
Początki destylacji australijskiej whisky sięgają końca XVIII wieku, okresu skazańców wysyłanych do kolonii karnych usytuowanych w Nowej Południowej Walii i na Tasmanii oraz pierwszych osadników ze Szkocji i Irlandii. To właśnie wraz z nimi, przypłynęły do Australii wiedza i doświadczenie.
Niektórzy z nich, sprytniejsi od pozostałych, rozpoczęli nielegalną fermentację i destylację już w buszu, porastającym okolice dzisiejszego portu Sydney, bazując jednak na pszenicy, lokalnym ziarnie, uprawianym przez Aborygenów przez tysiące lat.
Dopiero później, rozpoczęło się sadzenie i uprawa jęczmienia, który krok po kroku wypierał pszenicę z procesu produkcji.
Pierwszą destylarnię Sorell otwarto w stolicy Tasmanii – mieście Hobart w 1822 roku.
W ciągu kolejnych 15 lat, na wyspie powstało osiem nowych destylarni. Przygoda jednak zbliżała się do punktu zwrotnego.
W 1839 roku, gubernator John Franklin wprowadził na wyspie prohibicję, ulegając namowom żony, która uważała, że ”lepiej karmić jęczmieniem świnie, niż przy jego udziale zmieniać ludzi w świnie”.
I mimo, że trwała ona niedługo, do 1847 roku, w samej Tasmanii nie wznowiono jej produkcji przez kolejne 150 lat.
Stało się to dopiero na początku lat 90’ ubiegłego wieku, za sprawą Billa Larka, nazywanego dziś „guru” whisky australijskiej.
To właśnie on, wraz z miejscowym posłem Duncanem Kerr zaczęli przekonywać ówczesnego ministra ds. handlu i ceł, że obowiązujący od 1901 przepis, określający minimalną wielkość alembika na 2700L, jest zabójczy dla wielu małych, craftowych destylarni i to właśnie on jest przysłowiowym gwoździem do trumny australijskiej whisky.
I widać, że lobbing okazał się skuteczny, gdyż w 1992 roku powstała w Tasmanii pierwsza od 154 lat destylarnia Lark.
Kolejne lata przyniosły wysyp nowych, jak Sullivan Cove w 1994, czy Hellyers Road w 1999 roku.
Po tym krótkim wątku historycznym, możemy powrócić do mojej podróży.
Lot do Melbourne w Australii jest długi, z jedną przesiadką w Doha zajmuje pełną dobę.
Odcinek Melbourne – Hobart pokonałem także samolotem, w nieco ponad godzinę.
Na miejscu wynajem samochodu, bez niego ciężko byłoby to wszystko w kilka dni zobaczyć.
W Tasmanii jest kilka destylarni, które z pewnością warto odwiedzić.
Killara – to mała, wręcz mikro destylarnia, założona w 2016 roku przez córkę Billa Larka
Overeem – założona w 2005 roku w samym mieście Hobart.
Sullivan Cove – najstarsza destylarnia wyspy, położona na północ od Hobart.
Old Kempton – godzinę jazdy od Hobart, założona w 2012 roku
Callington Mill – otwarta w Oatlands w 2021 roku, zlokalizowana w połowie drogi pomiędzy Hobart i Launceston
Pontville – przejęta przez Billa Larka w 2021 roku, której zabudowania wykonane w XVIII wieku z piaskowca, przesiąknięte są historią
I wreszcie Hellyers Road, mój właściwy cel podróży.
Z Launceston do Burnie, gdzie położona jest destylarnia, podróż samochodem zajmuje ok 1,5h pokonując 145km autostradą.
Samo miasto znajduje się nad błękitnymi wodami cieśniny Bassa, mało przyjaznymi dla żeglugi, gdzie płytkie wody, silne prądy i wiatr mogą wzburzyć fale na ogromną wysokość.
Destylarnia założona została przez udziałowców spółdzielni mleczarskiej, których znaczne dochody przez lata spoczywały na rachunkach bankowych przy niewielkim oprocentowaniu.
Nowe pokolenia, które znalazły się w zarządzie spółdzielni, postanowiły zainwestować je w bardziej intratny interes, a takim właśnie stała się whisky, po zniesieniu przepisów wspomnianego wcześniej aktu z 1901 roku.
Produkcja ruszyła zatem w 1999 roku, z zamysłem podążania jednak nie tworzonym na nowo, australijskim szlakiem, lecz wzorem whisky szkockiej.
Mimo, że jest uznana za największą w Tasmanii i jedną z największych w całej Australii, jej roczna produkcja na poziomie 120 tys LPA (litrów czystego alkoholu) plasuje ją na poziomie porównywalnym do najmniejszych szkockich destylarni, jak chociażby Nc’nean.
Bardzo powolna fermentacja, równie powolna destylacja, odbywa się co ciekawe, w niespotykanych nigdzie indziej alembikach.
Ich podstawa bowiem wykonana jest ze stali nierdzewnej, dopiero górna część wraz z tzw. lynearm to czysta miedź.
Odmiennie od innych australijskich destylarni, prowadzona jest tu także polityka beczkowa.
Większość tutejszych, craftowych destylarni, korzysta z łatwo dostępnych i tanich beczek po australijskich winach, a jest ich przecież mnóstwo, skoro kraj ten zajmuje 6 miejsce na liście światowych producentów.
To bardziej ekonomiczne, niż sprowadzanie drogą morską z USA beczek po Bourbonie.
Wiele z nich jest przerabianych lokalnie na mniejsze, nawet 20L, by przyspieszyć proces dojrzewania.
Wiadomo przecież, że im mniejsza beczka, tym proces maturacji przebiega szybciej.
Hellyers Road, odmiennie od nich, postawił na tradycję. Większość zatem znajdujących się w magazynach destylarni beczek to ex Bourbon oraz beczki po wzmacnianych winach ex Sherry i ex Porto.
W przypadku wersji dymnych, tu także destylarnia korzysta ze szkockich wzorców, zamawiając gotowy, dymny słód jęczmienny bezpośrednio z firmy Bairds Malt w Inverness.
Głównym powodem jest niepewność, co do australijskiego torfu, który w swym składzie ma zupełnie inną florę niż szkocki, jak chociażby przeważający na tutejszym kontynencie eukaliptus.
A to może dać efekt odmienny od oczekiwanego.
Choć są destylarnie, które z niego korzystają, np. Callington Mill.
Rok 2024 był przełomowym dla destylarni. Po wielu latach zdobywania medali na World Whiskies Awards przez destylarnię Sullivan Cove, została ona zdetronizowana przez Hellyers Road, która tym razem zgarnęła główne trofea aż w czterech kategoriach.
Destylarnia zachwyciła mnie nie tylko ze względu na położenie geograficzne, nie tylko przez wyjątkowo przyjazne podejście do zwiedzających, za możliwość spenetrowania każdego jej zakątka i degustacji whisky z każdej beczki, którą przyszło mi do głowy otworzyć, ale przede wszystkim na urzekającą jakość trunku, jej aromaty i smak, które bez lęku, nieustraszenie, mogą stawać w szranki z dobrą whisky szkocką.
Moje dotychczasowe doświadczenia, plus reakcja klientów po wielu przeprowadzonych już w Polsce degustacjach pokazują, że whisky Hellyers Road trzeba spróbować, aby zrozumieć jej fenomen.
Przytaczając słowa właścicieli destylarni, to właśnie ja i moja wizyta w Tasmanii, skłoniły ich do przyjęcia zaproszenia na festiwal Whisky Live Warsaw i zaprezentowania na nim swoich produktów.
Widać było warto.