/  Z rynku   /  Czemu świat zakochał się w single malt whisky… Część I
_waterford_grace_o-reily

Czemu świat zakochał się w single malt whisky… Część I

Warto na wstępie tego artykułu zaznaczyć, że inspiracją do jego napisania stał się dla mnie właściciel destylarni Waterford Mark Reynier i jego zupełnie nowatorskie podejście do jęczmienia, pozyskiwanego z pojedynczych, zakontraktowanych farm, jego indywidualna destylacja i maturacja, oraz butelkowanie różnych edycji, przypisanych do poszczególnych farm. A wszystko to dla ukazania różnic w finalnym produkcie, będących skutkiem różnego „terroir”.

Pytanie wydaje się być bardzo prostym. Dzięki jedynemu składnikowi jakim jest jęczmień, whisky stała się najbardziej smakowo złożonym i rozbudowanym alkoholem świata.
Oczywiście przy odpowiednim podejściu do jego „obróbki” na każdym etapie produkcji.
Powolna, w kontrolowanej temperaturze fermentacja, by wywabić z jęczmienia pełne bogactwo jego możliwości, powolna destylacja i wąski „cut point” czyli odbiór w jej trakcie samego „serca” destylatu, na końcu maturacja w dębinie wysokiej jakości, by jego aromaty splotły się w jedną całość ze smakami, ukrytymi we wnętrzu dębu.
Lata temu, był to rygorystyczny, obowiązkowy wymóg, nawet jeśli cofniemy się do lat 60’. Choć sama branża była bardziej niezależna.

Destylarnie były mniejsze i pracowały w znacznie skromniejszych warunkach.

Ich ambicją nie było wyprodukowanie jak najtaniej litra alkoholu, lecz stworzenie czegoś indywidualnego, o niepowtarzalnym spektrum smaków. Ci, którzy mieli okazję próbować whisky destylowane np. w latach 60’ i wcale niekoniecznie hiper wiekowych, lecz butelkowanych w latach 80’ czy 90’, dostępnych cenowo w owym czasie dla kupujących, wiedzą, że reprezentują one najlepsze single malt jakie kiedykolwiek stworzono.
Ważne jest, aby w tym momencie zrozumieć znaczenie wieku, lecz nie nominalne.
Nie chodzi o porównanie dwóch 10yo single malt z tego samego okresu, lecz wersji destylowanej np. w 1968 i butelkowanej w 1978, w porównaniu do 2012 vs 2022.
Ten znacznik prawdopodobnie ukazuje świat różnic w odniesieniu do metod produkcji.
Kryzys naftowy z 1973 roku był najpewniej punktem zwrotnym, osią, która podzieliła świat whisky na dwie ery.
W wyniku globalnej presji finansowej, destylarnie zaczęły szukać oszczędności i ciąć wydatki wszędzie tam, gdzie było to możliwe. Oznaczało to wyścig po najtańszy litr alkoholu.
Przyspieszony proces fermentacji i destylacji oznaczał, że możliwości produkcyjne zostały zwiększone.
Cut point został poszerzony, alembiki wypełniane do granic ich możliwości, wszystko dla szybszego zwrotu kosztów.
Jakby tego było mało, w latach 70’ zmieniły się zasady handlu winami we Francji.
Dotychczasowym standardem było wysyłanie pełnych beczek, wypełnionych winem, z kraju producenta i butelkowanie ich w kraju odbiorcy.
Stąd handlarze win zlokalizowani byli w miastach typu Bristol, Londyn i Liverpool. Doki portowe wypełnione były tysiącami świeżo opróżnionych beczek z Francji i Hiszpanii.
Najprostszym, najbardziej ekonomicznym kolejnym krokiem, było wysłanie ich do Szkocji, by napełnić je whisky.
Jednak pod koniec wspomnianych lat 70′, dla wzmocnienia gwarancji pochodzenia, producenci win zaczęli sami butelkować ich „chateau” lub „bodega”, używając na etykietach jak mantry zwrotu ”mise en bouteille au chateau”.
Podobna sytuacja miała miejsce ze wzmacnianymi winami z Hiszpani, może chwilę później.
Dostawy sherry, porto oraz win do Anglii wyschły, a sama beczka stała się nie tylko trudniejsza do zdobycia, ale tym samym droższa.

W dobie finansowego kryzysu...

W dobie finansowego kryzysu, oczywistym rozwiązaniem dla producentów whisky stało się wielokrotne użycie tej samej beczki oraz zakup najtańszych z nich.
Beczki to tylko jeden element. Kolejnym, któremu nie udało się uciec przed finansowym sztormem był jęczmień.
W nowej erze, z dominującą dewizą efektywności i wydajności, jęczmień został potraktowany równie bezlitośnie.
Nowe, choć niemal z identycznym, genetycznym pochodzeniem odmiany, w których ważniejsza była odporność na warunki i wydajność z hektara, opanowały branżę.
W tym samym czasie, kiedy branża została zmuszona ekonomicznie do wielu oszczędności, konsumenci zaczęli zatracać smak w whisky blendowanej, będącej silnikiem, napędzającym finanse szkockiej whisky.
Wiele destylarni, szczególnie tych, skonsolidowanych pod parasolem międzynarodowych konglomeratów, zostało z potężną nadwyżką towaru w magazynach, towaru w owym czasie niesprzedawalnego, co doprowadziło do zamknięcia wielu z nich. I nie jest to żadną niespodzianką, że te, które doświadczyły zamknięcia, nie należały do kasty zmodernizowanych, mogących w efektywny i najtańszy sposób wyprodukować litr alkoholu.
Dotknęło to raczej te mało efektywne, rustykalne miejsca, ze staromodną metodą destylacji, wspaniałe dla smaku, ale ciążące finansom właścicieli, kiedy efektywność zaczęła być ceniona ponad wszystko.
I akurat te okazały się być najbardziej czczonymi obecnie.
c.d.n.

Napisz komentarz

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.